Ervin Rommel, mimo nikłego poziomu doświadczenia w walkach morskich, dawał ostatnie wskazówki żołnierzom słuchającym go niczym własnej matki. Kończył zdanie dotyczące taktyki przyjęcia wrogiego abordażu, gdy coś ukłuło go w ramię. Odwrócił głowę i ujrzał stalowy hak nerwowo wbijający się w jego mundur. Gdy przekręcił całe ciało jego oczom ukazała się sylwetka Charlesa. Bambino miał rozlatane oczy i uśmiech, ledwie widoczny przez zarastającą go brodę, nie schodził mu z twarzy..
- Chodź, chodź, chodź! Pokaże Ci co zrobiłem! Choć! Szybciej! - Mówił kapitan do syna cały czas wbijając mu hak w ciało.
- Już ojcze! Uspokój się bo porwiesz mi cały mundur! - Zdenerwował się Ervin. Strój wojskowy zawsze był dla niego ważny. Poszedł za ojcem do jego kajuty. Kątem oka widział, że statki nieprzyjaciela są coraz bliżej. Charles podszedł do biurka i stuknął hakiem o blat mebla. Lis pustyni zerknął w kierunku puknięcia i zobaczył dwie kartki. Każdemu kroku, jaki syn kierował w stronę biurka towarzyszył rosnący uśmiech na twarzy ojca i rosnąca nerwowość jego spazmatycznych podskoków.
- To ja narysowałem! To ja! Ładnie? Powiedz, że ładnie! - Wybuchął w końcu Bambino.
Ervin wziął kartki do ręki…
Kartka 1
Kartka 2
…podniósł brew i spojrzał na ojca. Ten nie przestawał wyrzucać słów niczym fonetyczny karabin maszynowy:
- Sam narysowałem! Mam takie ładne pismo, bo nauczyłem się pisać ustami! Talent do rysunków odziedziczyłem po matce… - Tutaj łza zakręciła się w oku kapitana, lecz natychmiast została wchłonięta przez starą, piracką rogówkę. - Bo tak w ogóle to to będzie nasza taktyka… Gdy Ty rozmawiałeś z żołnierzami ja te dzieła sztuki pokazałem kapitanom naszych statków… No powiedz przynajmniej, że ładnie dobrałem kolory!
Rommel junior tylko podniósł wyżej brew. Nagle, świst lecącej kuli armatniej oznajmił, że nie ma czasu rozmawiać nad zmianą taktyki…
Kapitan Iglo muskularnym ramieniem dał znać do kolejnego strzału z armat zamontowanych na jego bojowych żaglowcach. Kule nie robiły jednak większej szkody metalowym poszyciom statków Rommla. Zagryzł mocniej trzymaną w ustach fajkę i krzyknął:
- Cała na przód! Przygotować się do ataku bezpośredniego! Wykończymy ich po kolei! - Na te słowa, na wszystkich statkach bandery Iglo, oddziały ubranych w białe mundurki marynarzy zacisnęły mocno pięści na linach do abordażu i na wypolerowanych metalowych trójzębach, które przy zetknięciu z ciałem przeciwnika raziły prądem. Statki obu stron zbliżały się i napięcie wisiało w gęstym powietrzu. Widać było pierwsze przebłyski nadchodzącej burzy. Wiatr wiał coraz mocniej i pierwsze krople deszczu spadały na niespokojną taflę wody. Ciemność okryła swoim płaszczem pole bitwy. Odgłos świszczącego wiatru wydawał się pomrukiem zadowolenia pradawnych bogów wojny przygotowujących się na wspaniałe przedstawienie. Deszcz zaczął padać mocniej, gdy niemieckie statki zaczęły wykonywać manewry taktyczne. Kapitan Iglo szybko rozszyfrował prostą logikę myślenia Bambino jednak nie zmienił swojego planu masowego abordażu. Pewien wygranej rozkazał statkom rozdzielić się i atakować cele najbliżej siebie. Ervin Rommel uśmiechnął się z zadowoleniem…
Pokład statku Charlesa wydawał się opustoszały. Dodało to odwagi załodze bandery Iglo, która zbliżała się do niego kursem niemal kolizyjnym. Marynarze nie zważając na padający deszcz i wiatr wiejący z dużą prędkością ścisnęli mocniej liny i wykrzyknęli jednym, monumentalnym głosem “Iglo!”. Stanęli jak jeden mąż na zewnętrznym parapecie i nadal krzycząc by dodać sobie odwagi odbili się nogami od rodzimego statku. Ich krzyk został przerwany nagle, lecz jego echo błądziło po falach. Tuż przed pokładem niemieckiego statku, marynarze w białych mundurach zatrzymali się na rozpostartych drutach kolczastych. Ich ubrania zaczęły nasiąkać brunatnymi plamami wyciekającej krwi. Bezwładnie puszczone abordażowe liny wróciły na statek bandery Iglo zostawiając właścicieli groteskowo rozciągniętych na kolczastej barierze. Każda próba uwolnienia się z raniącego żelaznego drucianego uścisku kończyła się coraz większym zaplątaniem się w gąszcz pajęczej sieci śmierci. Krzyk odwagi, teraz zamieniony w pojękiwania straceńców, opuścił umysły marynarzy. Błysk błyskawicy towarzyszył otwarciu dolnego włazu na pokładzie statku Rommla. Oczom marynarzy Igla ukazały się małe płomyki wychodzące z korytarza i palące się mimo ulewnego deszczu. Te małe ogniki oświetlały twarze Niemców ukryte za maskami i czarnymi goglami.
- Feuer! - Ryknął zachrypnięty głos komendanta plutonu broni ciężkiej, po czym małe ogniki przemieniły się w falę ognistego bólu i rozpaczy. Ludzie kapitana Iglo byli bezbronni wobec miażdżącej siły miotaczy ognia. Syk skwierczącego ciała stał się niemal ogłuszający. Jeden z żołnierzy, próbując w ostatnim podrygu życia wyrwać się z kolczastej pułapki nieudolnie dotknął się swoim trójzębem. Reszta uwięzionych z nim towarzyszy oprócz ogromnego bólu palonych organów poczuła szarpiący ból wyładowań elektrycznych. Ostatnią rzeczą, jaką zaznali na tym świecie było poczucie klęski i słyszalny z oddali dziki śmiech Kapitana Charlesa Bambino Rommla…
Kapitan Iglo widząc jak jego statki jeden po drugim zaczynają jarzyć się śmiercionośnym ogniem jednym ruchem zdjął płaszcz ukazując muskularną klatkę piersiową. Lecz nawet to nie pomogło i kolejny żaglowiec zatopił się na jego oczach. Kapitan dokładnie widział jak niemieccy żołnierze wchodzą na pokład wrogich im statkom i ustawiając kilku ludzi z miotaczami w rzędzie sieją ognisty terror na dolnych pokładach. Krzyki umierających żeglarzy odbijały mu się w uszach. Swąd palonego ciała i włosów przyprawiał go o mdłości. Wiatr przywiał do niego pełen pogardy śmiech Bambino i Iglo zrozumiał, że klęska jest nieunikniona. Tylko jego okręt pozostał na wodzie z całej floty Atlantydy. Podniósł płaszcz z podłogi i udał się na dolny pokład gdzie czekała na niego kapsuła ewakuacyjna…
Charles śmiejąc się w niebogłosy stał koło Ervina. Syn do końca obserwował stan na polu bitwy, lecz ojciec już po pierwszym nieudanym abordażu Iglo nie przestawał się śmiać. Walka była skończona. Deszcz przestawał padać i na niebie widać było pierwsze gwiazdy i wschodzący krwawy księżyc…
Kapitan Iglo, oddalony o jakieś 300 metrów od pola swojej klęski, siedząc w kajaku wygrażał pięścią rodzinie Rommlów.
- Jeszcze zobaczymy, kto się będzie śmiał ostatni…- Wycedził przez zęby i skierował swój kajak w stronę Europy.