Masońskie zegarki a sprawa wyzwolenia Polski

March 25th, 2006

Generał Rommel spokojnym wzrokiem patrzył jak jeden po drugim jego czołgi giną w ogniu obrońców Al-Alamein. Wiedział już, że przegrana jest nieunikniona. Mimo sporej odległości od frontu i tak słyszał krzyki swoich żołnierzy. Niemal czuł jak ranią sobie ręce i nogi na drutach kolczastych linii defensywnej. Nagle usłyszał niewyraźny i dość przepity głos dochodzący zza jego pleców.
- Niezła rozpierducha, co? - zapytał ów głos. Generał Rommel odwrócił się i jego oczom ukazała się przygarbiona sylwetka długobrodego mężczyzny. Sylwetka ta posiadała drewnianą protezę nogi, przepaskę usadowioną na miejscu czakry trzeciego oka, haki zamiast obu dłoni, bujne kręcone włosy na klatce piersiowej wyłaniające się zza szorstkiej, białej, płóciennej koszuli i dwie plastikowe papugi usadowione na obu barkach. Tysiące wspomnień nagle wybuchło w głowie Generała Rommla oszałamiając go na dłuższą chwilę. Nie wiedział co powiedzieć więc z trudem przejmując kontrolę nad łamiącym się głosem rzekł:
- Tata?

Krwawy horyzont wszechświata

March 27th, 2006

Generał Erwin Rommel, przyzwyczajony do pustynnych warunków, spędzał całe dnie w swojej kajucie wisząc bezwładnie nad sedesem. Czuł niemal każdą falę, jaka uderzała o kadłub pirackiego statku jego ojca. Generał, będąc częścią klęski pod Al-Alamein, przypieczętował swój los. Nadal ceniony przez Adolfa Hitlera, musiał opuścić Afrykę zajętą przez Anglików. Postanowił odświeżyć relację z ojcem którego nie widział przez prawie 34 lata. Zwłaszcza, że jego rodzic posiadał niezwykle dalekosiężne plany co do zdobycia ropy, złota i ziem Europy wschodniej… Rommel usłyszał pukanie do drzwi.
- Kto tam? – Rzekł głośno, czując kolejną falę mdłości.
- Bambino cię wzywa! – Odpowiedział głos jednego z wielu majtków Charlsa „Bambino” Rommla.
- Powiedz mu że zaraz przyjdę…

Winston Churchill, przebywając w swoim kolonialnie wykończonym apartamencie, obserwował przez okno przejeżdżające samochody. Głowę zaprzątała mu polityczna sytuacja wschodniej Europy. Jego ręka bezmyślnie powędrowała na blat biurka w poszukiwaniu czegoś do przegryzienia. Ciągle patrząc przez okno, Churchill wprowadził dłonią pokarm do ust, po czym delektował się słodkawym posmakiem. Nagle poczuł, że nie może nabrać powietrza w płuca. Ostremu i bolesnemu kaszlnięciu towarzyszyła krew gwałtownie nabiegająca do głowy. Bijąc się z trudem pięścią w plecy, Winston próbował zapanować nad nerwami. Zrobiło mu się ciemno przed oczyma a ostatnią rzeczą, jaką poczuł był dotkliwy upadek na podłogę…

Depesza z Londynu… stop… Mąż stanu… Winston Churchill… Nie żyje… stop… Zakrztusił się… Suszonym daktylem… stop…

To był ciężki dzień dla anglojęzycznego świata. Najpierw śmierć Winstona Churchilla, a teraz to…
- Jak to chcą ponownego wprowadzenia niewolnictwa?! – Krzyknął Franklin Delano Roosevelt do swojego sekretarza.
- Republikanie złożyli ultimatum… chcą zmian w konstytucji… – Odrzekł towarzysz prezydenta cichym głosem.
- Ale dlaczego?! – Roosvelt był wyraźnie zdenerwowany. Mała, pulsująca żyłka umiejscowiona na jego skroni stawała się coraz bardziej widoczna.
- Powiedzieli… cytuję… „bo tylko krowa nie zmienia swoich poglądów”…
- Na Boga!
- Chcą też odbudowania starych kolonii produkcji bawełny…
- Wezwij do mnie ministra spraw zagranicznych i generała Pattona. – Prezydent opanował emocje i wydawał szybkie rozkazy. „Trzeba zaprowadzić porządek w stanach… Europą zajmiemy się później…” – Pomyślał.

Depesza z Waszyngtonu… stop… Prezydent… Franklin Roosevelt… wycofuje się w planowania wojny w Europie… stop… wojna domowa… stop…

Bohaterowie sagi: KLIK

Antropomorficzne rybki akwariowe

April 2nd, 2006

Kapitan Charles ogarniał wzrokiem bezmiar oceanu przez owalne okno swojej kajuty. Zanurzył się teraz mentalnie w swoim ulubionym hobby – wyobrażał sobie siebie pływającego w basenie pełnym ropy i małych grudek połyskującego złota. Uśmiech nie schodził mu z twarzy, gdy wesoło podśpiewywał pod nosem pirackie szanty. Jego rozmyślania przerwał ostry dźwięk pukania do drzwi kajuty.
- Kto tam? – Rzekł Bambino łapiąc pamięcią ostatnie ulatujące obrazy basenu z ropą.
- To ja, Ervin. Podobno mnie wzywałeś. – odpowiedział głos.
- A tak, wejdź synu.
- Synu! Synu! – Zawtórowała jedna z plastikowych papug.
Generał Rommel zamaszystym ruchem otworzył drzwi do kajuty uwalniając stęchły zapach marynat z ryb. Gość rozejrzał się po pokoju. Drewniane meble i ściany nosiły blizny po kapitańskich hakach. „Nie oszczędza nawet mebli…” pomyślał lis pustyni i powiedział:
- Wypłynąłem z tobą, ponieważ sytuacja w Afryce była już przegrana a ty powiedziałeś, że masz informacje, które mogą pomóc III rzeszy… słucham więc… ojcze… – Ostatnie słowa wypowiedział z uczuciem dziwnej ulgi.
- Wiesz zapewne, że ten angielski chamek nie żyje. Wiesz też, że amerykanie mają powtórkę z rozrywki… sytuacja w Europie wydaje się być stabilna. Lecz w Niemczech wcale nie jest różowo prawda?
- Hmm… No… tak. Brakuje nam ropy. Nieudana operacja w Afryce i Arabii Saudyjskiej, wroga polityka Rosji i państw skandynawskich odcięła Vaterland od dostaw tego surowca… Rumunia zagrożona jest najazdem armii czerwonej, więc to źródło też może wkrótce wyschnąć…
- Ropa! Właśnie! To jest najwartościowszy skarb naszych czasów! Kto ma ropę ten najwięcej narucha na mapie Starego Świata! I Adolfik dobrze o tym wie!
- Herr Adolf Hitler ojcze! Zwracaj się do niego z szacunkiem!
- Dobra, dobra… W każdym razie mam informacje na ten temat… Jak wiesz jestem piratem i podróżuje po morzach świata w poszukiwaniu złota i ropy… - Słowa te, kapitan Bambino wypowiadał z dumą prawdziwego wilka morskiego.
- Wiesz o jakiś ukrytych złożach? - Ervin nie krył zaciekawienia. Każdy sukces na tym polu mógł doprowadzić do tego, że odzyskałby wielki szacunek, którym dążył go Führer i jeszcze raz stałby się żywą legendą III rzeszy.
- Słyszałeś kiedyś o Atlantydzie? - zapytał się Charles próbując ukryć sarkastyczny uśmieszek.
- Atlantyda?! Nie mów mi, że sądzisz, że ropa jest na Atlantydzie! - Wrzasnął generał czując niewyobrażalny zawód.
- Spokojnie synu… wiem że wszyscy sądzą, że ta kraina nie istnieje. Lecz ją widziałem Ervin! Ta wyspa istnieje! I kryje w sobie niewyobrażalnie wielkie złoża ropy naftowej! Jest tylko jeden problem… i w jego rozwiązaniu potrzebuję twojej pomocy…
- Co to za problem? - Spytał się pustynny generał. Widząc zapał w oczach swego ojca zaczynał mu wierzyć. Z resztą nie miał nic do stracenia.
- Atlantyda ma swojego strażnika… posiada on dużą flotę… jest niezwykle wprawiony w walkach na otwartym morzu… to trudny przeciwnik. Nie można go przekupić czy zastraszyć. Pokonał wszystkie floty pirackie, jakie atakowały ten tajemniczy ląd. Krążą o nim legendy a na Atlantydzie traktowany jest on niczym bóg… – Wypowiadając te słowa Charles tracił panowanie nad sobą.
- Kto to taki? Kim on jest? Jak się nazywa? – Pytał Ervin patrząc jak jego ojciec szybkim krokiem odwrócił się w stronę okna. Kapitan zagryzł ze złością wargi tak mocno, że aż krew siknęła wąskim strumieniem brudząc mu szkarłatnymi plamami szorstką, płócienną koszulę. Nie bacząc na rany wycedził nerwowo przez zęby:
- To kapitan Iglo…

Bezkształtne papirusy odmętu

April 9th, 2006

Okręt flagowy floty kapitana Bambino mknął przez nikłe fale otwartego oceanu. Charles stał na pokładzie i lunetą wypatrywał czegoś na horyzoncie. Był zdenerwowany, ponieważ jedna z jego papug od samego rana nieprzerwanie dziobała go w ucho. Rommel senior przeklinał pod nosem ciężki los pirata. Zachodzące słońce odbijało swe zagubione promienie na tafli wody. Ciemne chmury zapowiadały zbliżającą się burzę. Kapitan Wpadłby pewnie w nostalgiczny nastrój, lecz jego rozważania przerwał ostry głos dochodzący z lewej strony:
- Sprzęt i ludzie gotowi. Mam nadzieje, że Führer nie przydzielił mi tej floty na marne… Jesteś pewien, że zbliżamy się do Atlantydy?
- Już niedługo powinniśmy widzieć ją na horyzoncie, synu. - Odpowiedział wilk morski Ervinowi. - Skończyłeś te swoje poprawki w wyglądzie statków?
- Owszem. Wszystkie modyfikacje są już wprowadzone. - Odpowiedział lis pustyni. Po chwili dodał:
- Morale ludzi jest najważniejsze… a ono zaczyna się właśnie podłamywać. Żołnierze się niecierpliwią. Nie wierzą, że dojdzie do jakiejkolwiek walki. Kiedy będziemy mogli zobaczyć przeciwnika?
- Już niedługo… już niedługo… - Odpowiedział Bambino czując kolejne dziobnięcie papugi.

- Sir! Mamy 10 okrętów na radarze! Zbliżają się w stronę Atlantydy! - Mówił skrzeczący głos dochodzący z głośnika radiostacji w wiktoriańsko przystrojonej kabinie. Kapitan Iglo spokojnym ruchem przymknął wieczko niedokończonego jogurtu z truskawkami. Wolnym ruchem dłoni włożył je do małej lodówki, po czym męskim krokiem zbliżył się do trzeszczącej radiostacji. Mocno chwycił mikrofon, muskularnym kciukiem nacisnął guzik i rzekł głosem twardym niczym gazobeton:
- Zaraz będę… - Ton niedopowiedzenia odbijał się echem w eterze. Kapitan podszedł do drzwi kajuty i mocarnie zacisnął pięść na metalowej klamce, która zdawała się błagać by uwolniono ją z tego morderczego uścisku. Drzwi nie śmiały stawiać oporu i otwarły się bez trudu. Iglo szybko przemknął przez próg i zatrzasnął drzwi.

- Kim jesteśmy bez ojczyzny? Niczym! Ojczyzna jest wszystkim! Oddanie za nią życia jest największym honorem żołnierza! Lecz istotą walki nie jest umieranie, lecz sprawienie by tamci zrobili to za nas! Hitler już jest z was dumny! Sprawcie by po tej bitwie pokochał was jak własne dzieci! Walczymy w słusznej sprawie, więc nie musimy obawiać się śmierci! - Mocnym głosem wołał generał Rommel do swoich wojaków. Krótka przemowa wywołała okrzyki radości i bojowego nastroju wśród załogi. Ervin tymczasem spokojnie odwrócił się w stronę nadciągających 17 okrętów nieprzyjacielskiej floty kapitana Iglo… „Pora spojrzeć przeznaczeniu w oczy.” - Pomyślał lis pustyni.

Zaginiona kostka wielorakiej egzystencji

April 20th, 2006

Ervin Rommel, mimo nikłego poziomu doświadczenia w walkach morskich, dawał ostatnie wskazówki żołnierzom słuchającym go niczym własnej matki. Kończył zdanie dotyczące taktyki przyjęcia wrogiego abordażu, gdy coś ukłuło go w ramię. Odwrócił głowę i ujrzał stalowy hak nerwowo wbijający się w jego mundur. Gdy przekręcił całe ciało jego oczom ukazała się sylwetka Charlesa. Bambino miał rozlatane oczy i uśmiech, ledwie widoczny przez zarastającą go brodę, nie schodził mu z twarzy..
- Chodź, chodź, chodź! Pokaże Ci co zrobiłem! Choć! Szybciej! - Mówił kapitan do syna cały czas wbijając mu hak w ciało.
- Już ojcze! Uspokój się bo porwiesz mi cały mundur! - Zdenerwował się Ervin. Strój wojskowy zawsze był dla niego ważny. Poszedł za ojcem do jego kajuty. Kątem oka widział, że statki nieprzyjaciela są coraz bliżej. Charles podszedł do biurka i stuknął hakiem o blat mebla. Lis pustyni zerknął w kierunku puknięcia i zobaczył dwie kartki. Każdemu kroku, jaki syn kierował w stronę biurka towarzyszył rosnący uśmiech na twarzy ojca i rosnąca nerwowość jego spazmatycznych podskoków.
- To ja narysowałem! To ja! Ładnie? Powiedz, że ładnie! - Wybuchął w końcu Bambino.
Ervin wziął kartki do ręki…
Kartka 1
Kartka 2
…podniósł brew i spojrzał na ojca. Ten nie przestawał wyrzucać słów niczym fonetyczny karabin maszynowy:
- Sam narysowałem! Mam takie ładne pismo, bo nauczyłem się pisać ustami! Talent do rysunków odziedziczyłem po matce… - Tutaj łza zakręciła się w oku kapitana, lecz natychmiast została wchłonięta przez starą, piracką rogówkę. - Bo tak w ogóle to to będzie nasza taktyka… Gdy Ty rozmawiałeś z żołnierzami ja te dzieła sztuki pokazałem kapitanom naszych statków… No powiedz przynajmniej, że ładnie dobrałem kolory!
Rommel junior tylko podniósł wyżej brew. Nagle, świst lecącej kuli armatniej oznajmił, że nie ma czasu rozmawiać nad zmianą taktyki…

Kapitan Iglo muskularnym ramieniem dał znać do kolejnego strzału z armat zamontowanych na jego bojowych żaglowcach. Kule nie robiły jednak większej szkody metalowym poszyciom statków Rommla. Zagryzł mocniej trzymaną w ustach fajkę i krzyknął:
- Cała na przód! Przygotować się do ataku bezpośredniego! Wykończymy ich po kolei! - Na te słowa, na wszystkich statkach bandery Iglo, oddziały ubranych w białe mundurki marynarzy zacisnęły mocno pięści na linach do abordażu i na wypolerowanych metalowych trójzębach, które przy zetknięciu z ciałem przeciwnika raziły prądem. Statki obu stron zbliżały się i napięcie wisiało w gęstym powietrzu. Widać było pierwsze przebłyski nadchodzącej burzy. Wiatr wiał coraz mocniej i pierwsze krople deszczu spadały na niespokojną taflę wody. Ciemność okryła swoim płaszczem pole bitwy. Odgłos świszczącego wiatru wydawał się pomrukiem zadowolenia pradawnych bogów wojny przygotowujących się na wspaniałe przedstawienie. Deszcz zaczął padać mocniej, gdy niemieckie statki zaczęły wykonywać manewry taktyczne. Kapitan Iglo szybko rozszyfrował prostą logikę myślenia Bambino jednak nie zmienił swojego planu masowego abordażu. Pewien wygranej rozkazał statkom rozdzielić się i atakować cele najbliżej siebie. Ervin Rommel uśmiechnął się z zadowoleniem…

Pokład statku Charlesa wydawał się opustoszały. Dodało to odwagi załodze bandery Iglo, która zbliżała się do niego kursem niemal kolizyjnym. Marynarze nie zważając na padający deszcz i wiatr wiejący z dużą prędkością ścisnęli mocniej liny i wykrzyknęli jednym, monumentalnym głosem “Iglo!”. Stanęli jak jeden mąż na zewnętrznym parapecie i nadal krzycząc by dodać sobie odwagi odbili się nogami od rodzimego statku. Ich krzyk został przerwany nagle, lecz jego echo błądziło po falach. Tuż przed pokładem niemieckiego statku, marynarze w białych mundurach zatrzymali się na rozpostartych drutach kolczastych. Ich ubrania zaczęły nasiąkać brunatnymi plamami wyciekającej krwi. Bezwładnie puszczone abordażowe liny wróciły na statek bandery Iglo zostawiając właścicieli groteskowo rozciągniętych na kolczastej barierze. Każda próba uwolnienia się z raniącego żelaznego drucianego uścisku kończyła się coraz większym zaplątaniem się w gąszcz pajęczej sieci śmierci. Krzyk odwagi, teraz zamieniony w pojękiwania straceńców, opuścił umysły marynarzy. Błysk błyskawicy towarzyszył otwarciu dolnego włazu na pokładzie statku Rommla. Oczom marynarzy Igla ukazały się małe płomyki wychodzące z korytarza i palące się mimo ulewnego deszczu. Te małe ogniki oświetlały twarze Niemców ukryte za maskami i czarnymi goglami.
- Feuer! - Ryknął zachrypnięty głos komendanta plutonu broni ciężkiej, po czym małe ogniki przemieniły się w falę ognistego bólu i rozpaczy. Ludzie kapitana Iglo byli bezbronni wobec miażdżącej siły miotaczy ognia. Syk skwierczącego ciała stał się niemal ogłuszający. Jeden z żołnierzy, próbując w ostatnim podrygu życia wyrwać się z kolczastej pułapki nieudolnie dotknął się swoim trójzębem. Reszta uwięzionych z nim towarzyszy oprócz ogromnego bólu palonych organów poczuła szarpiący ból wyładowań elektrycznych. Ostatnią rzeczą, jaką zaznali na tym świecie było poczucie klęski i słyszalny z oddali dziki śmiech Kapitana Charlesa Bambino Rommla…

Kapitan Iglo widząc jak jego statki jeden po drugim zaczynają jarzyć się śmiercionośnym ogniem jednym ruchem zdjął płaszcz ukazując muskularną klatkę piersiową. Lecz nawet to nie pomogło i kolejny żaglowiec zatopił się na jego oczach. Kapitan dokładnie widział jak niemieccy żołnierze wchodzą na pokład wrogich im statkom i ustawiając kilku ludzi z miotaczami w rzędzie sieją ognisty terror na dolnych pokładach. Krzyki umierających żeglarzy odbijały mu się w uszach. Swąd palonego ciała i włosów przyprawiał go o mdłości. Wiatr przywiał do niego pełen pogardy śmiech Bambino i Iglo zrozumiał, że klęska jest nieunikniona. Tylko jego okręt pozostał na wodzie z całej floty Atlantydy. Podniósł płaszcz z podłogi i udał się na dolny pokład gdzie czekała na niego kapsuła ewakuacyjna…

Charles śmiejąc się w niebogłosy stał koło Ervina. Syn do końca obserwował stan na polu bitwy, lecz ojciec już po pierwszym nieudanym abordażu Iglo nie przestawał się śmiać. Walka była skończona. Deszcz przestawał padać i na niebie widać było pierwsze gwiazdy i wschodzący krwawy księżyc…

Kapitan Iglo, oddalony o jakieś 300 metrów od pola swojej klęski, siedząc w kajaku wygrażał pięścią rodzinie Rommlów.
- Jeszcze zobaczymy, kto się będzie śmiał ostatni…- Wycedził przez zęby i skierował swój kajak w stronę Europy.

Karmazynowa wolność dachówek

May 13th, 2006

Gdzieś w Austrii…

Delikatny zapach kwitnącego bzu smagał nozdrza leżącego w hamaku doktora Ludwiga Korozji. Słońce, wiszące na bezchmurnym niebie, muskało jego skórę rozgrzewając go życiodajnym ciepłem. Leniwie sięgnął ręką na pobliski stolik by zabrać z niego szklankę zimnej lemoniady przygotowanej przez jego żonę – Bernadettę. Po przygotowaniu napoju dla swojego kochanego męża zajęła się drobnymi pracami w ogródku. Towarzyszyła jej 6-letnia córeczka Laura, która starała się pomóc mamie. W tym czasie 8-letni syn małżeństwa Korozji bawił się przebiegając przez strumienie wody ze spryskiwacza, który podlewał trawnik. Każdemu takiemu skokowi towarzyszyły śmiechy chłopca. Dźwięk ten wzruszał leżącego Ludwiga, który zanurzył się w błogim stanie odprężenia. Z dala dochodziło do niego bzyczenie pszczół – daleki sąsiad prowadził pasiekę. Białe, niemal lżejsze od powietrza puchate pyłki jak gdyby od niechcenia latały na słabowitych podmuchach ciepłego letniego wiatru. Doktor czuł, że za chwilę jego świadomość uleci na rzecz sennych marzeń, lecz rączka jego złotowłosej córki delikatnie wyprowadziła go z tego stanu.
- Tatusiu, mamusia prosiła żebyś skosił trawę. – Powiedziała Laura patrząc z uśmiechem na ojca. Ludwig spokojnie otworzył oczy, spojrzał na swoją pociechę i odwzajemnił uśmiech.
- Już się zabieram do roboty. – Odpowiedział jej, pogłaskał ją po mieniących się w słońcu włosach i dodał – No, Leć dalej pomagać mamie.
Schodząc z hamaka obserwował jak Laura pobiegła z powrotem do Bernadetty. Powiedziała jej coś i klęcząca przed grządką truskawek pani Korozja posłała mężowi pocałunek. Ruchem dłoni pokazał że złapał lecącą pieszczotę i schował do kieszeni. Żona zaśmiała się i wróciła do zbierania słodkich owoców. Ludwig dopił ze smakiem swoją lemoniadę i przyłączył się do prac ogrodowych.

Spacer po mieście okazał się genialnym pomysłem. Cienie wysokich domów chroniły przed nadmiarem słońca a dzieci były zafascynowane wystawami sklepowymi. Ludwig mocno trzymał swoją Bernadettę za małą, bardzo kobiecą dłoń a ona wpatrywała się w jego oczy z prawdziwą miłością. Dzieci jednak wyrywały się z uścisku rodziców i latały od sklepu do sklepu. Otta bardzo interesowały wystawy z rowerami. Planował, że za 2 lata uzbiera wystarczającą ilość pieniędzy by kupić swój wymarzony wehikuł. Nie wiedział, że rodzice przygotowali dla niego niespodziankę – dostanie go w tym roku na urodziny. Gdy widzieli z jaką pasją ogląda jednoślady, w wyobraźni już cieszyli się jego radością w dniu urodzin. Laura natomiast spędzała głównie czas przy sklepach z sukienkami i lalkami. Miała ich już pod dostatkiem, lecz rodzice, gdy zauważyli, że jakaś zabawka czy ubranko szczególnie jej się podoba, nigdy jej nie odmawiali. Nagle z naprzeciwka wybiegł chłopiec – kolega Otta imieniem Ernest. Chciał się jak najszybciej przywitać z synem państwa Korozji i przez nieuwagę potknął się o własną nogę. Dotkliwie upadł na chodnik i przetarł kolano. Rana nie była poważna, ale na pewno bardzo bolała i Ernest zaczął popłakiwać. Ludwig puścił dłoń żony i podszedł pewnym krokiem do leżącego dziecka. Kucnął przy nim i spojrzał mu prosto w oczy.
- Taki poważny mężczyzna i płacze? – Powiedział basem.
- Tak, tak, prze pana… ja przepraszam – Odpowiadał Ernest przez łzy.
- No już, weź się w garść. O! Co my tutaj mamy? – Zapytał Doktor Korozja i dłonią przesunął po uchu płaczącego wyciągając zza niego monetę o nominale jednej marki. Patrząc w zdumioną minę dziecka dodał z uśmiechem:
- Znalazłem ją za Twoim uchem, więc jest Twoja.
Ernest rozpromienił się na twarzy, wziął monetę z ręki Ludwiga i schował z czcią do kieszeni.
- No! Wstawaj już, zapraszam was wszystkich na lody! – Powiedział doktor tak by słyszała go cała rodzina. Laura podskoczyła z radości wydając młodzieńczy okrzyk zachwytu. Otto ograniczył się do uśmiechu i schowania rąk do kieszeni z zadziorną miną – nie mógł sobie pozwolić na więcej w obecności kolegi. Tutaj przecież chodziło o jego image rozrabiaki wśród kolegów z podwórka. Cała rodzina, wraz z Ernestem udała się do cukierni.

Ukryta w cieniu postać przyglądała się rodzinie Korozji. Każdy ruch doktora był uważnie śledzony przez dociekliwe, niezwykle głębokie, brązowe oczy.

Miesięczny Bilet Śmierci

June 8th, 2006

Blade światło jarzeniówki bezlitośnie odsłaniało każdy okropny szczegół pokoju. Ciemnozielone kafelki odbarwione przez pleśń i krew otaczały laboratorium z każdej strony. Stęchły i mdły zapach chemikaliów mieszał się z przenikliwie kwaśnym zapachem potu obiektów doświadczalnych. I właśnie taki jeden obiekt, mając wszystkie członki skrępowane, leżał na stole operacyjnym. Miał na imię Franz. Ale to nie obchodziło stojących nad nim dwóch ludzi ubranych w białe, zaplamione czymś kitle. Obiekt szarpał się jak mógł lecz skórzane pasy skutecznie przygwoździły go do stołu. Miał na sobie tylko bokserki i czuł jak zimne, słone krople spływają mu po twarzy. Patrzył z przerażeniem po pokoju odkrywając coraz to nowe narzędzia tortur – zasilany elektrycznie świder z ostrzem wielkości dużego gwoździa, całą szafkę złowieszczo gęstych mikstur, zestaw noży, toporków, obcęg, łomów. Jego wzrok zatrzymał się na leżącym w kącie kilofie, brudnym od osocza i błota. Franz zamknął oczy. Już nic więcej nie chciał widzieć…

- No to zaczynamy Heindrich, pacjent przygotowany. Im szybciej tym lepiej. – Powiedziała postać ukryta za laboratoryjną maską.
- Kogo teraz kolej doktorze?
- Bardzo śmieszne. To asystenci są od brudnej roboty więc weź piłę numer 3. Ta z dwójką ostatnio bardziej tarła niż kroiła…
Heindrich, nazywany w pracy drwalem, chwycił w dłoń ręczną piłkę do metalu i przystawił ostrzem do brzucha pacjenta.
- No to jazda… – powiedział i zaczął miarowym ruchem ciąć skórę Franza. Ryk człowieka przegrywającego ze śmiercią wypełnił laboratorium. Mięśnie brzucha, naprężone w obronnym odruchu, po przecięciu odskakiwały na boki. Krew z przeciętej przepony trysnęła na długi, nie zamaskowany zarost Heindricha co sprawiło że z jeszcze większą chęcią zaczął on kroić pacjenta. Franz, pomimo uczucia obezwładniającej zatraty w cierpieniu poczuł smak krwi zmieszanej z kwaśnym kwasem żołądkowym. Zakrztusił się i mieszanka ta zalała mu płuca. Przerwana przepona próbowała skurczami wydalić ciało obce z pęcherzyków płucnych powodując obfity krwotok w jamie brzusznej. Franz poczuł że dusi się własnymi wymiocinami co w połączeniu z palącym bólem rozdzieranych wnętrzności dopełniało obraz ostatecznej agonii.
- Patrz Doktorze! Jak gumki od majtek! – Wykrzyknął Heindrich zobaczywszy odlatujące mięśnie brzucha. Obserwator operacji jednak oburzył się słysząc dowcip asystenta i zdejmując maskę chwycił swoją delikatną ale męską dłonią rękę pacjenta próbując mu dodać otuchy.
- Jeszcze tylko chwile młodzieńcze. Nie ma potrzeby się denerwować. Mówiłem że to będzie tylko jak ukłucie komara. – powiedział Franzowi głęboki, przyjazny i pewny głos doktora Korozji.
Pacjent stracił przytomność a jego życiodajne siły wypłynęły wraz z osoczem na brudne kafelki posadzki.

- Coraz bardziej kłopotliwi są ci dawcy. – powiedział drwal wychodząc z laboratorium. Przed sekcją botaniczną postawił dwa pełne wiadra wnętrzności i ściągnął jedną ręką fartuch. Heinrich miał może ze 150 centymetrów wzrostu, był zarośnięty i od miesiąca chodził w tej samej, zapoconej podkoszulce. Tłusty brzuch, wyrobiony przez hektolitry piwa służył mu głównie do otwierania drzwi. I tym razem popchnął on nim drewniane wrota oddziału botanicznego i wstawił wiadra do środka. W jednym znajdowało się jelito grube a w drugim wątroba.
- To ostatni doktorze, możemy zaczynać nową hodowle. – dodał drwal wrzucając wnętrzności do odpowiednio oznaczonego podłużnego koryta. Opróżnił ostatnie wiadra i przed nim rozciągał się rząd koryt czekających na sadzonki. Przechodził wolnym krokiem wzdłuż nich czytając oznaczenia – „jelito grube”, „szyszynka”, „ślepa kiszka”, „nerki”, „wątroba”, „lewe płuco”, „prawe płuco”, „serce”, „język”, „dwunastnica”, „tchawica”… w końcu odezwał się
- Czasami zastanawiam się czy to ma sens doktorze… Sadzimy warzywa i owoce w ludzkich organach, karmimy krowy krwią, nasze laboratoryjne kozy muszą jeść gałki oczne, owce smarujemy płynem mózgowo-rdzeniowym by miały lepszą bawełnę… a wszystko przez jakieś nordyckie bajki i legendy…
- Bierz się w końcu do roboty Heindrich! Cały czas tylko rozmyślasz i rozmyślasz… dobrze ci płacą więc idź wreszcie nakarmić kurczaki… – odpowiedział mu oschle Korozja siedzący na wygodnym fotelu w kącie sekcji botanicznej. Przed nim leżały nadgryzione zębem czasu stare nordyckie księgi opiewające legendarne sposoby wykorzystania spreparowanych zwłok w gospodarstwie domowym…

(pozdro dla Katy :P )

Kompostowe Ciacho Średniowiecza

August 26th, 2006

Niebo po bitwie rozpogodziło się całkiem i czerwony księżyc oświetlał samotną wyspę. Całkowicie bezbronny port Atlantydy wpuścił bez oporów w swe ramiona flotę Kapitana Charlesa ‘Bambino’ Rommla. Przybrzeżne budynki świeciły pustkami. Na nabrzeżu jednak, w świetle portowych latarń, wyróżniały się dwa cienie. Generał Ervin przed zbliżeniem się do betonowych kładek cumowniczych oglądał dokładnie przez lornetkę dwie tajemnicze postacie. Stały one nieruchomo więc Rommel Junior pozwolił swojemu statkowi na dryf w obserwowanym kierunku. Gdy odległość od nadbrzeża była wystarczająco mała, niemieccy żołnierze zręcznie zarzucili liny cumownicze na wystające z portu żelazne słupki. Jedna z sylwetek stojących na stałym lądzie sięgnęła do kieszeni wyciągając z niej zegarek na łańcuszku. Ubrała monokl i zerknęła na cyferblat. Gdy pokład flagowego statku Rommlów zbliżył się jeszcze bardziej, postać ta, ciągle trzymając swój czasomierz, powiedziała donośnym lecz uprzejmym głosem:
- Sir, trochę za późno na herbatkę, ale zapraszamy do salonu dla gości na gorące ciasto z orzechami. George nie lubi się przechwalać ale z całą stanowczością muszę stwierdzić że smakuje wprost bajecznie!
- Och Jeffrey! – Wtrąciła się druga portowa postać. – Naprawdę przesadzasz! Ale byłbym rad gdyby nasi goście odpoczęli po trudach tej morskiej bitwy. – Dokończył George i razem ze swoim przyjacielem popatrzyli na reakcję Kapitana Bambino, którego naturalnie wzięli za dowódcę całej floty. Zza jego pleców wyglądał Ervin czując ideologiczną gorycz widząc przed sobą dwóch, nadmiernie uprzejmych murzynów…

- Siadajcie, siadajcie! – Niemal krzyczał rozentuzjazmowany George kładąc jednocześnie przed zgromadzonymi na szklanym stoliku talerzyki z kawałkami ciasta. Gdy niemiecka rodzina usadowiła się na sofie, czarnoskóry mieszkaniec Atlantydy z namaszczeniem podał każdemu po małej, srebrnej łyżeczce z wygrawerowaną, dużą literą A, po czym sam usiadł i przypatrywał się gościom. Jego towarzysz również wybrał sobie miejsce na krześle, gdzie zasiadł zakładając nogę na nogę. Ervin Rommel z podejrzliwością pustynnego lisa przypatrywał się podanemu ciastu i doszukiwał się w zachowaniu murzynów czegoś co mogło by zdradzić ich prawdziwe zamiary. Bambino nie miał czasu na takie obserwacje bo był wyjątkowo głodny. Chwycił kawałek ciasta i wcisnął go całego do ust brudząc okruszkami poszycie sofy. Jego syn przypatrywał się czy czasem w ciele jego rodziciela nie zaczyna działać trucizna, lecz Charles pożerał już czwartą kostkę ciasta i jedyną reakcją jego organizmu była mała czkawka i dwa, cuchnące rybą beknięcia. George popatrzył z niesmakiem na rozsypujące się okruszki lecz wrodzone poczucie dyplomacji kazało mu powiedzieć:
- O! Sir, widzę że panu smakuje! – Widząc jednak podniesioną brew nieufności Ervina Rommla dodał. – Chyba należą się panom pewne wyjaśnienia…

Już po zakończeniu długiej rozmowy w salonie dla gości, Erwin i Charles samotnie wracali do przystani. Nowa zaistniała sytuacja wymagała omówienia.
- Ciekawa wyspa… I twierdzą, że mają ropę pierwszej jakości… nie dziwię się że wszyscy tutaj mają smykałkę do handlu. – Rzekł pustynny generał.
- A nie mówiłem ci że nieźle tutaj naruchamy? – Odpowiedział mu pirat.
- Martwi mnie jednak tutejsza waluta… Plażowe kamyczki? Na Boga!
- A ja się dziwiłem jak znajdowaliśmy we wrakach pokonanych na morzu okrętów kufry pełne kamyczków… – Bambino z łezką w oku wspominał piękne czasy korsarstwa.
- I na dodatek tylko za taką walutę chcą się wymieniać… nie kłopocze cię to ojcze?
Rommel senior popatrzył na pobliską kamienistą plażę. Uśmiech pojawił się pod jego brudną od ciasta brodą.
- Nie synku, nie kłopocze…

Sążnisty pocisk zbawienia

July 18th, 2007

Kapitan Charles Bambino Rommel patrzył z uśmiechem jak kolejne wypełnione po brzegi taczki wjeżdżają do pokoju negocjacyjnego, a następnie lądują na stołach „przeliczaczy” – małych murzynków zatrudnionych do liczenia kamyczków. Jego syn parzył z dumą na ojca – „ja bym nie wpadł na ten pomysł… cwaniak…” pomyślał. Istotnie, użyć jako walutę kamyczków z pobliskiej plaży, to idea genialna i rujnująca jednocześnie gospodarkę Atlantydy. Przepływ takiej ilości cennego kruszcu musiał zaburzyć poziom stabilnej dotąd inflacji. Goerge i Jeffrey pracowali w kącie nad reformą skarbu państwa. Mijała już kolejna godzina ich rozmów na tematy gospodarcze. Dochodząc do konsensusu zdecydowali się, że walutą, która wejdzie po sprzedaniu ropy Niemcom, będą orzechy. W przeliczeniu 1 orzech – 11 kamyków.
- Miliard kamyczków za całą waszą ropę oj? – rzekł w końcu pirat przekrzykując odgłosy taczek i setek małych kamyczków.
- A i owszem miłościwy panie. Miliard… – odpowiedział Jeffrey. Niewyraźny uśmiech świadczył, że czarnoskóry dyplomata martwił się o państwo.
- To może ja przygotuję drinki? – zagaił George wstając i podchodząc do barku. – Wszystkim nam się przydadzą…
- Wóda, wóda, wino, wóda! Jak to mawiał mój ojciec! – tymi słowami Bambino dał przyzwolenie na podanie trunków.
- On robi bajeczne drinki! – rozochocił się Jeffrey. – Ma taki dar, że patrzy na osobę i od razu wie, jakie alkohole zmieszać. Jest boski!
- Drink jak drink. – powiedział powoli Erwin. W tym czasie została już podana taca z napojami. Każdy z obecnych dostał pełną, kolorową szklankę z małą parasolką i długą, powyginaną słomką.
- Dla ciebie, kapitanie Bambino, przygotowałem „mea culpa”. Rommel junior dostał „nóż w plecy”. Mój towarzysz posmakuje „boskiej pięści” a dla siebie zmiksowałem „zły dotyk”. Ostrzegam, że moje drinki zwalają z nóg panowie! – ostatnie zdanie powiedział z uśmiechem.
- Wóda, wóda, pączki, wóda, jak to mawiał mój ojciec! – Charles wyrzucił hakiem słomkę i parasol, chwycił szklankę zębami i zaczął pić. Wkrótce tak samo zrobili wszyscy…

2 godziny później…

Obudził ich mały murzynek. Potrząsał ramieniem Jeffreya mówiąc coś niebywale męskim głosem. Bambino otarł rękawem brodę z rzygowin i siadł z powrotem na ławie. Pustynny lis wstając walnął się o kant stołu i masując sobie obolałą głowę z guzem znalazł się koło ojca. Dwoje dyplomatów również wstało z ziemi i otrzepało swe fraki.
- Przepraszam za dywan… i ścianę… i kawałek tej szafki… i wnętrze tego biurka… – rzekł ze skruchą w oczach pirat.
- Spokojnie. Ostrzegaliśmy, że to mocne napoje. – George był zbyt miły by mieć o coś takiego urazę. – Zdaje się, że „przeliczacze” doliczyli się w końcu miliarda kamyczków. Myślę, że jesteśmy gotowi przekazać wam ropę.
- Wyśmienicie! Zawołam żołnierzy z beczkowozami! – wyrwał się Ervin.
- Jakimi beczkowozami? – zdziwił się jeden z dyplomatów. – Ropa czeka za drzwiami. O tam. – wskazał sążniste, drewniane wrota.
- O, na bogów Atlantydy! Być może zaszło nieporozumienie! – przestraszył się Jeffrey podchodząc do klamki. – W naszym języku, wyraz „ropa” znaczy tyle co „minister spraw zagranicznych”… nie mamy płynnej ropy… – dokończył otwierając drzwi.
Oczom zgromadzonych ukazał się niski, łysiejący grubasek. Nie przejął się on zdziwionymi spojrzeniami obcokrajowców i ruszył przed siebie, wyciągając do każdej osoby dłoń. Mocny uścisk ręki wyprowadził Ervina z szoku. Natychmiast popatrzył na Bambino – pirat oglądał ministra z każdej strony.
- Co robimy ojcze?! Tutaj nie ma ropy! – krzyknął generał.
- Nie panikuj! – Charles kopnął pociechę w rzepkę. – Chłopcy tyle czasu zbierali te kamienie… w końcu za miliard go sprzedali…
- To najlepszy minister spraw zagranicznych na świecie. Kupiliśmy go za całe złoto Atlantydy od Szwajcarów. – zareklamował towar George.
- Ten karzeł to za mało… co jeszcze dorzucicie? – chytrze spytał pirat. Jego syn myślał, że to wszystko to tylko zły sen…

Zachodzące słońce towarzyszyło odpływającym niemieckim statkom. Nostalgiczny nastrój powrotu udzielił się marynarzom, którzy machali zgromadzonym w porcie mieszkańcom Atlantydy. Kilku czarnoskórych wymachiwało flagami ze swastyką – pamiątki od niemieckich przyjaciół. Kilku żołnierzy uroniło łzę wzruszenia…
Tylko generał był wyraźnie smutny. Rzesza zostanie bez ropy… Hitler już nigdy nie będzie zapraszał go na prywatne śniadania… „a ten głupiec jeszcze się cieszy!” pomyślał zerkając na ojca. Bambino uczył ministra pirackich przekleństw.
- No! – Poklepał ministra po plecach. – W końcu mam kogoś, kto mi umyje plecy! Chodź do mojej kabiny kamracie! Zwierzęta przyprowadź! Zrobimy imprezę!
- Miliard kamyczków… – pustynny lis uciekł myślami. – za ministra i dwie kozy…